Kiedy budzisz się rano wita Cię twój dobry przyjaciel – codzienny stres…

Pacjent, który pojawia się w moim gabinecie, w ciele niesie ból i cierpienie, a w głowie swój stresowy scenariusz, który napisało dla niego życie, w momencie narodzin, a może jeszcze wcześniej. Patrzę na jego ciało i wiem, że mogę ulżyć w bólu, ale nie zdejmę z człowieka stresu. Dużo czasu zajęło mi zrozumienie, że współdźwiganie z pacjentem jego bolesnych historii jemu w niczym nie pomoże, a mnie niepotrzebnie obciąży.

Życie naprawdę nie jest wcale skomplikowane. Nasze ciało kieruje się prostymi zasadami – dąży do przyjemności i unika bólu/przykrości. To mózg wszystko komplikuje; myśli, analizuje, ocenia, nadaje znaczenie (przecenia albo nie docenia), uruchamia wspomnienia, prognozuje itp. A na dodatek, do tych wszystkich skomplikowanych operacji potrzebuje mnóstwa energii, którą zużywa kosztem reszty ciała. Mózg zużywa bardzo dużo energii, natomiast ma małe możliwości jej magazynowania. Kiedy mózgowi brakuje energii aktywizuje nasz wewnętrzny system stresowy i w ten sposób zabiera całą energię z reszty ciała.

Kłopoty w pracy, kryzys w związku, problemy finansowe, konieczność zmian i ponaddźwiękowe tempo życia, to nasi najwięksi wrogowie – powszechnie występujące stresory, które obwiniamy za wszystkie nasze nieszczęścia.

Budzisz się rano i na samą myśl o tym, co cię dziś czeka, masz ochotę schować się pod kołdrę i przespać cały dzień. Ale wstajesz, bo życie cię woła. Wypijasz kawę – na obudzenie, kubek melisy – na uspokojenie, a potem z lękiem otwierasz terminarz i zanurzasz się w pokaźną listę powinności.

Raz, dwa, trzy… Twój mózg wskakuje na najwyższe obroty. Jak w skomplikowanym chemicznym laboratorium uruchamiają się procesy mające zapewnić ci maksymalną wydajność działania. Serce zaczyna bić coraz mocniej, oddech przyspiesza, mięśnie napinają się, wrasta koncentracja uwagi, wyostrza wzrok i słuch. Całe twoje ciało jest gotowe do walki lub ucieczki, w zależności od tego, jak oceniasz swoje szanse. Przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.

W ciągu dnia, kiedy napięcie staje się nie do wytrzymania, a ciało wymyka się spod kontroli mózgu: wybuchasz niepohamowanym płaczem (bez powodu), albo agresją, masz ochotę zerwać się z krzesła i biec przed siebie, na oślep, zaczynasz bezmyślnie kołysać się na krześle, albo drapać do krwi. Może nagle wybuchasz śmiechem, albo czujesz totalną pustkę w głowie. Te reakcje cię przerażają, ale próbujesz je bagatelizować. ,,To tylko stres" – tłumaczysz sobie. – ,,W weekend odpocznę, wyjadę na działkę, zrelaksuję na imprezie, albo, w ostateczności pójdę do lekarza".

Te metody przez jakiś czas działają, ale pewnego dnia okazuje się, że: nie możesz zasnąć kolejną noc z rządu, w weekend napięcie wcale nie odpuszcza a wręcz przeciwnie, katz po przepiciu trwa dłużej niż zwykle. Ciało odmawia posłuszeństwa. Próba odprężenia nasila napięcie. Coraz więcej rzeczy wyprowadza cię z równowagi. Czujesz, że nie dajesz rady. Boisz się, że w końcu świat zauważy, że dzieje się z tobą coś złego.

 - Na serio przestraszyłam się, że dzieje się ze mną coś złego, kiedy zesztywniałam na stole u masażystki – opowiada Iwona, która trafiła do mnie skierowana przez psychiatrę – Do tej pory masaże cudownie mnie odprężały, wstawałam ze stołu jak nowo narodzona. Odzyskiwałam siły i mogłam walczyć dalej. Bo to była walka, walka z samą sobą, walka z ciałem, które już od dłuższego czasu wysyłało subtelne komunikaty, że ma dość. Ale ja ich nie słuchałam, albo udawałam, że nie słyszę. Ostatnie wakacje, zwłaszcza cztery pierwsze dni, to był koszmar. Perspektywa dwóch tygodni bez pracy, słońce, morze, towarzystwo bliskich mi ludzi i ja, robiąca dobrą minę do złej gry. Na twarzy uśmiech, a w sercu ,,dygotka” – potężny lęk, który rozsadzał mnie od środka, poczucie, że za chwilę umrę. Po powrocie z urlopu postanowiłam mniej pracować. Ale czas bez pracy były koszmarem; siedziałam w pidżamie przed telewizorem i liczyłam godziny do wieczora. Choć nie działo się nic złego, serce waliło mi jak oszalałe, narastała sztywność karku, chaos w głowie nie pozwalał zebrać myśli. Czułam, że moje życie rozpada się na kawałki. Każdego dnia bolał mnie żołądek, brałam coraz więcej leków przeciwbólowych na migrenę. Badania krwi były w normie.

Nie pomagała melisa, ani ziołowe leki na sen. Kiedy próbowałam rozmawiać o tym z przyjaciółkami, tłumaczyły mi, że to tylko stres. Farmaceuta w aptece doradził, żebym spróbowała czegoś ,,mocniejszego": ,,Co drugi mój klient wspomaga się chemią, nie ma co się męczyć”.

Ja na antydepresantach? Przecież do tej pory ze wszystkim sobie radziłam. Miałam gorsze dni, jak każdy, ale umiałam się zdyscyplinować. Nowy pomysł na pracę, dodatkowe zajęcia, jakiś niezobowiązujący flirt, szybki bilans życia i stwierdzenie, że nie mam tak źle, że inni mają gorzej – stawiały mnie do pionu. Przecież nie mam myśli samobójczych, mój mózg nadal pracuje na wysokich obrotach. Bałam się, że tabletki na poprawę nastroju zmienią mnie bezpowrotnie. Chyba też nie miałam odwagi przyznać się do porażki, że sama, bez pomocy nie dam rady. Ale czułam, że moje dno jest coraz bliżej.

Iwona zgłosiła się na konsultację do psychiatry. To był dla niej akt poddania. Była gotowa wziąć leki, choć bardzo się ich bała. Na szczęście trafiła na mądrą lekarkę, która cierpliwie wysłuchała jej cierpienia.

 - Skonfrontowała się pani z realnością życia – powiedziała. – To była bardzo bolesna konfrontacja, pojawiła się chęć ucieczki. Ale najwyraźniej już dłużej nie ma pani siły uciekać. Proszę zgłosić się na terapię.

Nie zapisała leków.

 - Wyszłam z jej gabinetu podniesiona na duchu: ,,Najważniejsze, że nie potrzebuję leków. To znaczy, że nie jest ze mną jeszcze tak źle. Dam radę, bez terapii”.

Tego dnia po raz pierwszy poczuła się prawie tak jak dawniej. Ale znowu wskoczyła ,,do głowy"; zaczęła obmyślać kolejne ,,cudowne” scenariusze na życie. Jednak ciało tym razem nie dało za wygraną. Po kilku dniach lęk wrócił. Nie pomogły tłumaczenia samej sobie, że przecież nic jej nie jest, że ,,nawet leków nie potrzebuję", że da radę, jak zwykle. Słowa psychiatry o realności życia czuła całą sobą, nie w głowie, ale w brzuchu i w sercu. Przez kolejny miesiąc próbowała walczyć. Jej mózg był jak bezlitosny woźnica, batem poganiający ciało do pracy. Ciało sztywniało i zamierało na samą myśl o kolejnym dniu, a, przez lata zamrożone, serce krzyczało z bólu.

- Kiedy poczułam, że to nie stres zewnętrzny, nie świat, nie ludzie mnie zabijają, tylko ja sama robię sobie krzywdę, postanowiłam do pani zadzwonić.

Stres jest w naszym mózgu – twierdzi Achim Peters, autor książki: ,,Samolubny mózg" (PWN). Układ stresowy to potężna siła w mózgu, która potrafi zmusić cały organizm do przystosowania. W ewolucji kręgowców służył pierwotnie do przetrwania, do tego, by odnajdywać się w sytuacjach zagrożenia i natychmiast reagować na stresor: walką, ucieczką bądź zatrzymaniem. Kiedy niebezpieczeństwo mijało, układ stresowy wracał do stanu spoczynku.

Dziś, większość z nas cierpi z powodu przewlekłego stresu, nasz układ stresowy nigdy nie wraca do stanu relaksu. I na tym właśnie polega ,,stresogenność" współczesnego świata.

To mózg podejmuje decyzję, co jest dla nas zagrożeniem. Dzieje się to poza naszą świadomością. Wyobraź sobie taką sytuację np. reprymenda szefa, którą twój mózg odbiera jako zagrożenie. Układ stresowy startuje; twoje serce i oddech przyspieszają, napinają się mięśnie itp. Odczuwasz to jako nieprzyjemne doznania w ciele. Doznania te zamieniają się w ,,negatywne" – czytaj: społecznie nieakceptowane emocje/uczucia: lęk, złość, bezradność itp. Te emocje dają sygnał do działania, ale… Cywilizacja wymusiła na nas powściągliwość w reakcjach; bo przecież człowiek sukcesu nie rzuca się na despotycznego szefa, ani nie ucieka kiedy sytuacja wydaje mu się zbyt trudna. Co więc robisz? Lekceważysz doznania płynące z ciała, zamrażasz uczucia, albo tłumisz je lekami na uspokojenie. Włączasz racjonalizacje, tym samym odcinając głowę od ciała i serca. Umniejszasz stresogenne wydarzenie, udajesz, że ono cię nie dotyczy, przemieszczasz agresję – zamiast złościć się na szefa, robisz awanturę partnerowi. Twoje serce zatrzaskuje się z hukiem…  Ale ciało ,,zapisuje" wszystkie niezauważone doznania i nieprzeżyte uczucia w postaci napięć. Kiedy napięć jest zbyt wiele, pojawiają się symptomy bólowe.

Każdy z nas ma swoją biografię stresu, taką indywidualną księgę, w której zapisują się nie tylko stresujące, traumatyczne przeżycia, ale także sposoby w jakie nasz układ stresowy sobie z nimi radzi.

Jeśli przez lata bagatelizujesz stres, lekceważysz uczucia, które są ważnymi komunikatami twojego serca i ciała, ratujesz się antydepresantami, które dają zwodniczy sygnał twojemu mózgowi, że wszystko jest ok. – pewnego dnia twoje ciało i dusza odmawiają posłuszeństwa.

(fragment książki ,,Różowa rękawiczka. Historie zapisane w ciele" Ewa Klepacka – Gryz, Jacek Sobol)